Waldemar J. Marszałek

BYLE BEZ OPADÓW

Dodano: 31.08.2017

Tytuł wystawy powstał spontanicznie w czasie rozmowy telefonicznej z szefową galerii BWA w Częstochowie Anną Paleczek Szumlas. Padło w niej zdanie, które po spreparowaniu brzmiało mniej więcej tak: „Byle bez opadów”. Zauważyła pani dyrektor, że świetnie by pasowało ono, jako hasło mojego malarskiego pokazu. Oczywiście moje „byle bez opadów” dotyczyło meteorologii i by tak nie pozostało, tytuł musiał zmienić swój charakter, stąd „ Byle bez opadów” ostatecznie przyjęło inny kształt i nabrało wieloznaczności, i stało się tytułem mojej wystawy. Dlatego nie chodzi tu o malarską przepowiednię pogody jutra, ale raczej o obawę skutków szeroko pojętego „opadu”.

  Skupiam się na tym by treścią moich obrazów był ciekawy lot, opowieść o uniesieniach uczuć, które mają nas wznieść, pokonać grawitację: tą prawdziwą, i tę metaforyczną, a obie, jak wiadomo, ciągną uparcie w dół. To refleksje na temat lotów, wzlotów, obawa o zagrożenie męskiego fasonu, w którym objawi się nieoczekiwanie, i w niestosownej chwili, wstydliwy opad. Snuję opowieści nasycone dramaturgią, ale raczej z cudzysłowem, w których rozkwaszony nos mitologicznego Ikara staje się cyklem tematycznym o charakterze groteski. Jest on malarską wariacją, w której mój bohater, zdarzenia z nim powiązane niekoniecznie muszą ściśle odnosić się do mitologii. Zajmują mnie też tematy tragikomiczne, kpię, żartuję z fasadowości, nadętych pomnikowych idei. Komentuję od czasu do czasu bieżące wydarzenia. Oczywiście interesują mnie sprawy damsko męskie w aspekcie natury a kultury, którym towarzyszą miłosne uniesienia.  

   Sposoby przemieszczania, latania nierzadko baśniowe, wyimaginowane, czasami nieoparte o żadne realia fizyki są dla mnie pożywką, która ma karmić moją malarską wyobraźnię, budować formę, sugerować koloryt, nastrój przedstawień. Traktuję latanie przede wszystkim emocjonalnie. Myślę, że to rodzaj ucieczki od niewygodnej rzeczywistości, przenoszenia się w takie rejony gdzie świat jest urządzony tylko przeze mnie, taki, jaki w danej chwili bym chciał. Unoszony malowaniem przedostaję się w lepsze, piękniejsze rejony, być może zbyt wygodne i dalece oderwane od rzeczywistości, ale tak chcę, bo pragnę, choć na chwilę wtulić się w przyjemne ciepełko egocentryzmu i hedonizmu.

   Moje sposoby lotów są różne: od anielskich poprzez podpatrzone w naturze, wymyślone na modłę amatora inżyniera od aerodynamiki, ścigającym się z braćmi Wright, który skonstruował przedziwną latającą machinę, oskubał albo zatrudnił ptaszki dla potrzeb powietrznych przeprowadzek. Stąd się też wziął cykl „Przyloty” i „Odloty”. Czy też w alkoholowych uniesieniach, jak w cyklu „Lot na bani”. Kiedy jesteśmy pod wpływem to świat wydaje się lżejszy, mniej ważymy i dlatego możemy pozwolić sobie na więcej, nie zawsze oczywiście z dobrym skutkiem. Niestety o poranku opadamy, bo grawitacja boleśnie wzrasta i przyciąga nas do realnego, rogatego świata. Z tego też powodu warto było utrwalić na płótnie „Znośną lekkość bytu” /tytuł mojego obrazu/ tylko po to by przedłużyć przyjemny stan nieważkości.

 Moje malowanie to stawianie diagnozy i jednocześnie poszukiwanie idealnego lekarstwa, które nie koniecznie ma wyleczyć, raczej poprawić nastrój, zadać kłopotliwe pytanie nie oczekując odpowiedzi. Bardziej to imaginacje, czary mary, pragnienia, lista życzeń, która chciałoby się by była częściej namacalnie realizowana.

   Mój kawałek płótna daje mi sposobność, emocjonalnego spełnienia, a to już dużo, bo niekiedy, a właściwie coraz intensywniej świat namalowany wydaje się bardziej prawdziwy, bardziej chciany niż ten realny. Dlatego unoszę się w swoich opowieściach o kobietach by figlować bez konsekwencji obcowania z nimi, by zmierzyć się z kłopotami bycia, bo malowane bycie zapewne mniej boli. Odlatuję otruty życiem tam, gdzie mogę leczyć jego skutki, odlatuję po to, by napotkać ciekawych ludzi, rzeczy, zjawiska, zdarzenia stąd troska o: „Byle bez opadów”.